Dyskusja dnia
Dyskusja dnia · dołącz do rozmowy
444 kilometry przez Sudety, o których nikt nie mówi
Weekendowa Inspiracja
Beskidomaniak
Jest taki szlak w polskich górach, który przechodzi przez dwanaście pasm, mija skalne labirynty i osiemnastowieczne twierdze, a mimo to większość turystów nie potrafi go wskazać na mapie.
Główny Szlak Sudecki im. Mieczysława Orłowicza czeka na Ciebie cichutko...
Budzik na piątą, Świeradów pachnie siarką
Pierwszy poranek zaczyna się dziwnie. Stoisz przy wejściu do uzdrowiskowego parku w Świeradowie-Zdroju, plecak już wgniata Ci ramiona, a obok spaceruje pan z kijkami nordic walking i kubkiem kawy. Nic nie zapowiada tego, że za chwilę ruszysz w coś, co zajmie następne dwa tygodnie Twojego życia.
Czerwony znak na drzewie. Strzałka w górę. To tędy.
Podejście na Stóg Izerski jest krótkie, ale strome. Organizm od razu dostaje sygnał, że to nie będzie spacer. A potem grzbiet Gór Izerskich rozkłada się przed Tobą jak torfowiskowy dywan i robi się cicho. Tak cicho, że słyszysz własny oddech. Na horyzoncie wyrastają Karkonosze.
Tam zaczyna się poważna rozmowa.
Grzbietem Karkonoszy, czyli najwyższy punkt trasy
Hala Szrenicka, Śnieżne Kotły, Wielki Szyszak. To odcinek, na którym nogi zapominają o zmęczeniu, bo oczy mają za dużo roboty. Grzbiet Karkonoszy na GSS to najwyżej położona część całej trasy i jednocześnie jej wizytówka.
W pewnym momencie po prawej wyrasta Śnieżka. 1603 metry. Królowa Sudetów. Stoi tak blisko, że wydaje się, jakby wystarczyło wyciągnąć rękę.
Ale GSS na nią nie wchodzi.
To jeden z najdziwniejszych elementów tego szlaku. W czasach PRL-u tereny przygraniczne były strzeżone, więc twórcy trasy musieli omijać szczyty leżące zbyt blisko granicy. Śnieżkę ominęli. Śnieżnik ominęli. I tak zostało do dziś.
Nie znaczy to, że musisz ją odpuścić. Czterdzieści minut czarnym szlakiem z Przełęczy pod Śnieżką i stoisz na dachu Sudetów. Warto. Ale formalnie najwyższy punkt GSS to okolice tej przełęczy, jakieś 1394 metry. Potem szlak schodzi do Karpacza i Karkonosze zostają za plecami.
Tam, gdzie turyści się kończą
Za Karpaczem świat się zmienia. Rudawy Janowickie to góry, w których możesz iść godzinę i nie spotkać żywej duszy. Las gęstnieje, między drzewami wyrastają skalne bastiony, a jedynym dźwiękiem jest trzask gałęzi pod butem.
To jest ten moment na GSS, kiedy zaczynasz rozumieć, czym Sudety różnią się od Beskidów. Tutaj pasma górskie nie ciągną się jednym grzbietem. Wyrastają jak wyspy z kotlin i obniżeń. Szlak musi jakoś pokonać te przerwy. Czasem leśną ścieżką. Czasem po asfalcie.
Góry Kamienne, Góry Suche, zjazd do Jedliny-Zdroju. Pojawiają się pierwsze kilometry drogi publicznej pod nogami. Przyzwyczajaj się, będzie ich więcej.
Wielka Sowa i historia, której nie widać z dołu
Wejście na Wielką Sowę to jedno z mocniejszych podejść na całym szlaku. Tysiąc piętnaście metrów, szczyt Gór Sowich, panorama na pół Sudetów. A potem długi marsz grzbietem, aż do zejścia w stronę Twierdzy Srebrna Góra.
I tu GSS pokazuje coś, czego nie znajdziesz na żadnym innym polskim szlaku długodystansowym. Co chwilę mija Cię historia. Osiemnastowieczna twierdza, podziemne sztolnie kompleksu Riese w Masywie Włodarza, bazylika w Wambierzycach, kopalnie złota w Złotym Stoku. Sudety mają przeszłość, która nie zmieściłaby się w jednym podręczniku.
Skalne labirynty i omlet, który ratuje morale
Góry Stołowe wyglądają jak z innej planety. Błędne Skały to korytarze między pionowymi ścianami piaskowca, przez które przeciskasz się z plecakiem na plecach, co chwilę zastanawiając się, czy zmieścisz się w następnej szczelinie. GSS przechodzi przez nie w całości. Szczeliniec Wielki wymaga krótkiego zjazdu ze szlaku, ale po tygodniu marszu dodatkowe pół godziny to żaden problem.
Za Górami Stołowymi czeka Kudowa-Zdrój i Duszniki-Zdrój. Woda zdrojowa, pierogi, pierwszy od dni normalny posiłek przy stole. Na tym etapie organizm zaczyna mówić wprost: odpoczywaj, kiedy możesz.
Potem Góry Orlickie i Bystrzyckie. Pasma, które większość turystów przelatuje wzrokiem po mapie bez zatrzymania. Błąd. Schronisko Jagodna i jego legendarny omlet drwala potrafią przywrócić wiarę w sens dalszej wędrówki. A spokojne, zielone grzbiety bez tłumów działają jak reset.
Śnieżnik, ostatnie tysiąc metrów
Masyw Śnieżnika to drugie wielkie wzniesienie na trasie. 1426 metrów, potężny grzbiet, widok na Kotlinę Kłodzką. I znowu GSS omija szczyt. Zielonym szlakiem dojdziesz tam w kilkanaście minut, ale sam czerwony szlak skręca na północ przy schronisku i zaczyna długie zejście do Lądka-Zdroju.
To ostatni moment, kiedy szlak przekracza pułap tysiąca metrów. Od tej chwili Sudety powoli się obniżają.
Asfalt, pola i test charakteru
Góry Złote, Przedgórze Sudeckie, Paczków, Głuchołazy. Ten odcinek trzeba opisać uczciwie. To najtrudniejsza część GSS, ale nie z powodu terenu. Jest płasko. Jest asfalt. Są pola uprawne. Sudety zostają gdzieś daleko na południu, za czeską granicą, a Ty dreptasz poboczem w pełnym słońcu.
Wielu turystów mówi wprost, że ten fragment jest absurdalny. Został dodany w 2009 roku, kiedy szlak wydłużono z Paczkowa do Prudnika. Ale jest częścią trasy i jeśli chcesz odznakę za całość, musisz go przejść.
Na pocieszenie czekają Góry Opawskie z Biskupią Kopą. Ostatnie porządne podejście, ostatnia zieleń, ostatni widok ze szczytu. A potem Prudnik. Klimatyczne miasteczko, certyfikat ukończenia szlaku i piwo, które smakuje inaczej niż jakiekolwiek wcześniej.
Suche fakty dla tych, którzy planują
Dystans: około 444 kilometry. Suma podejść: mniej więcej czternaście tysięcy metrów. To wyraźnie mniej niż na Głównym Szlaku Beskidzkim, więc GSS jest technicznie łatwiejszy. Ale dystans robi swoje.
Czas: od czternastu do osiemnastu dni w tempie turystycznym. Szacowany czas marszu to około 120 godzin. Rekord to nieco ponad 82 godziny. Inna kategoria szaleństwa.
Odznaka PTTK: diamentowy stopień za jednorazowe przejście w nie więcej niż osiemnaście dni. Potwierdzenia zbierasz w książeczce GOT, pieczątki ze schronisk, zdjęcia przy charakterystycznych punktach.
Noclegi: schroniska PTTK są na szlaku co kilkanaście kilometrów, a w sezonie letnim rezerwację lepiej robić z wyprzedzeniem. Do tego pensjonaty, agroturystyki i pokoje w miasteczkach po drodze. Z noclegami problemu raczej nie będzie.
Najlepszy termin: czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień. Wcześniej i później w wyższych partiach może być śnieg, a krótsze dni komplikują planowanie etapów.
Dlaczego właśnie ten szlak?
GSS nie krzyczy. Nie ma tu tłumów z Morskiego Oka, selfie-kolejek pod Giewontem ani parkingowych korków w Zakopanem. Jest za to coś, czego żaden inny polski szlak nie daje. Dwa tygodnie ciągłej wędrówki przez góry, o których istnieniu połowa turystów w tym kraju nie ma pojęcia. Dwanaście pasm. Skalne labirynty. Twierdze. Uzdrowiska. I kilometry asfaltu, które uczą pokory zupełnie inaczej niż strome podejścia.
Sudety nie są gorsze od Beskidów ani od Tatr. Są inne. A Główny Szlak Sudecki to najlepszy sposób, żeby się o tym przekonać na własnych nogach.