Dyskusja dnia

Dyskusja dnia · dołącz do rozmowy

Noc, która rozświetliła Polskę

Dzika Natura

Beskidomaniak

Kiedy niebo nad Beskidami i Tatrami zapłonęło zielenią i fioletem – relacja z najsilniejszej zorzy polarnej od 2024 roku...

---

Jest poniedziałek, 19 stycznia 2026 roku. Termometry pokazują solidny mróz, niebo jest krystalicznie czyste, a nad polskimi górami rozpościera się bezksiężycowa noc. Warunki jak z przewodnika dla obserwatorów nieba. I wtedy zaczyna się magia.

Około godziny 20:00 na północnym horyzoncie pojawia się pierwsza zieleń. Delikatna, ledwie zauważalna. Ale ci, którzy wiedzą na co patrzeć, już sięgają po telefony i aparaty. Bo zorza polarna w Polsce to zjawisko kapryśne – często widzimy ją tylko przez obiektyw kamery, podczas gdy gołym okiem dostrzegamy jedynie lekką poświatę.

42 godziny kosmicznego spektaklu

Ta styczniowa noc przejdzie do historii. Burza geomagnetyczna trwała nieprzerwanie przez 42 godziny – od wieczora 19 stycznia aż do popołudnia 21 stycznia. To było coś, czego Europa nie widziała od maja 2024 roku.

Wszystko zaczęło się od potężnego rozbłysku słonecznego klasy X1.9 – pierwszego tak silnego zjawiska w 2026 roku. Słońce wyrzuciło w stronę Ziemi ogromny obłok naładowanych cząstek, który z prędkością 900 km/s pomknął przez przestrzeń kosmiczną. Gdy ten kosmiczny pocisk uderzył w ziemską magnetosferę, zaczęło się widowisko.

Zorza była widoczna niemal w całej Polsce – od Suwalszczyzny po Tatry, od Pomorza po Podkarpacie. Nawet mieszkańcy centrów największych miast mogli ją podziwiać, co przy typowych zjawiskach jest praktycznie niemożliwe. Popularyzator astronomii Karol Wójcicki z profilu „Z głową w gwiazdach" napisał wprost: to była druga najsilniejsza zorza po słynnym wydarzeniu z 10 maja 2024 roku.

ZORZA 19-20 STYCZNIA 2026 W LICZBACH

Siła rozbłysku: X1.9 (najsilniejszy w 2026 roku)

Prędkość wiatru słonecznego: do 900 km/s

Czas trwania burzy: 42 godziny bez przerwy

Kategoria burzy: G4 (ciężka)

Widoczność: od Suwalszczyzny po Tatry

Dlaczego zorza w Polsce wymaga aparatu?

Polska leży daleko od bieguna magnetycznego – około 50°N szerokości geograficznej. To sprawia, że zorze u nas są zazwyczaj znacznie słabsze niż w Skandynawii czy na Alasce. Ludzkie oko w ciemnościach przełącza się na tzw. widzenie skotopowe, które słabo rozróżnia kolory. Dlatego często widzimy tylko mleczną poświatę tam, gdzie aparat rejestruje intensywną zieleń i fiolet.

Matryca aparatu lub telefonu może gromadzić światło przez kilka sekund – działa jak wiadro zbierające krople deszczu. Im dłużej ekspozycja, tym więcej światła się nazbiera. Ludzkie oko tak nie działa – widzi tylko to, co dociera do niego w danej chwili, bez kumulowania. Dlatego nawet słaba zorza na zdjęciu wygląda spektakularnie, podczas gdy gołym okiem ledwo ją dostrzegamy.

To nie znaczy, że zorzy nie da się zobaczyć gołym okiem. Przy naprawdę silnych burzach, jak ta styczniowa, kolory są widoczne bezpośrednio. Ale nawet wtedy aparat pokaże znacznie więcej szczegółów i nasycenia barw.

Jak uchwycić zorzę telefonem?

Nowoczesne smartfony radzą sobie z fotografią zorzy zaskakująco dobrze, ale potrzebujesz trybu manualnego (pro). Oto sprawdzone ustawienia:

Ostrość: Manualna, ustawiona na nieskończoność (∞). Wyłącz autofocus – w ciemności będzie się gubił i zdjęcia wyjdą rozmazane.

Czas naświetlania: Od 2 do 15 sekund. Zacznij od 5 sekund i dostosuj do jasności zorzy. Przy bardzo aktywnej zorzy krótszy czas zachowa więcej szczegółów ruchu.

ISO: Od 800 do 3200. Wyższe wartości oznaczają więcej szumu na zdjęciu, ale też lepszą widoczność przy słabszej zorzy. Znajdź balans.

Przysłona: Jak najniższa możliwa – f/1.8 lub niższa. Im więcej światła wpuścisz, tym lepiej.

Absolutnie kluczowe: Statyw lub cokolwiek stabilnego. Nawet najlżejsze drgnięcie przy kilkusekundowej ekspozycji zepsuje zdjęcie. Użyj samowyzwalacza lub opóźnienia 2-3 sekundy, żeby telefon się ustabilizował po naciśnięciu spustu.

Fotografuj w formacie RAW, jeśli Twój telefon na to pozwala. Da Ci to znacznie więcej możliwości przy obróbce – możesz wyciągnąć kolory i szczegóły, które w JPG byłyby stracone.

Skąd te kolory?

Zorza polarna powstaje, gdy naładowane cząstki ze Słońca zderzają się z atomami w górnych warstwach atmosfery. To właśnie te zderzenia powodują świecenie – atomy zostają wzbudzone i emitują światło, wracając do stanu podstawowego.

Kolory zależą od tego, z jakim gazem zderzają się cząstki i na jakiej wysokości:

Zieleń to najczęstszy kolor zorzy. Powstaje ze zderzeń z atomami tlenu na wysokości 100-300 km. Ludzkie oko jest na ten kolor najbardziej wrażliwe, dlatego zieleń widzimy najłatwiej.

Czerwień pojawia się przy zderzeniach z tlenem na większych wysokościach, powyżej 300 km. To rzadszy widok, bo wymaga silniejszej aktywności.

Fiolety i błękity tworzą się przy zderzeniach z atomami azotu. Podczas styczniowej burzy wiele osób zarejestrowało właśnie te głębokie fiolety – znak naprawdę intensywnego zjawiska.

Dlaczego akurat teraz widzimy tyle zórz?

Słońce ma swój 11-letni cykl aktywności. Właśnie jesteśmy w fazie maksimum 25. cyklu słonecznego – to oznacza więcej rozbłysków, więcej koronalnych wyrzutów masy i więcej szans na zorze w naszych szerokościach geograficznych.

Podczas minimum słonecznego zorza nad Polską to rzadkość – może kilka razy w roku, i to zazwyczaj słaba. Ale przy maksimum jak teraz? Silne zorze mogą pojawiać się nawet kilka razy w miesiącu.

Naukowcy przewidują, że do 2028 roku możemy spodziewać się jeszcze większych rozbłysków – być może najsilniejszych w tym cyklu. To dobra wiadomość dla łowców zórz. Trochę gorsza dla operatorów satelitów i sieci energetycznych, które przy naprawdę ekstremalnych burzach mogą mieć problemy.

Gdzie w Polsce najlepiej obserwować zorzę?

Teoretycznie najlepiej na północy – im bliżej Suwalszczyzny, tym większa szansa na zauważenie słabszych zjawisk. Ale przy silnych burzach, jak ta styczniowa, zorza jest widoczna nawet w Tatrach i na Podkarpaciu.

Kluczowe jest jednak coś innego: ciemne niebo. Zanieczyszczenie świetlne miast skutecznie zagłusza delikatne świecenie zorzy. W centrum Warszawy czy Krakowa nawet silna zorza będzie ledwie widoczna, podczas gdy 30 km za miastem rozświetli całe niebo.

Góry – Beskidy i Tatry – oferują doskonałe punkty widokowe z dala od świateł miast. Szczyty i polany z panoramą na północ to idealne miejsca na polowanie na aurore borealis. Dodatkowy bonus: zimą w górach powietrze jest często przejrzyste, co dodatkowo poprawia widoczność.

Dobre miejsca to też obszary parków krajobrazowych, tereny wokół jezior mazurskich, czy po prostu każde pole z dala od zabudowań. Patrz na północ – zorza pojawia się nisko nad horyzontem i stopniowo wspina się wyżej przy silniejszej aktywności.

Kiedy następna szansa?

Zorza polarna to zjawisko kapryśne i trudne do przewidzenia. Prognozowanie działa na trzech poziomach czasowych:

8 minut – tyle potrzebuje światło, żeby dotrzeć ze Słońca do Ziemi. Gdy na Słońcu dochodzi do rozbłysku, obserwatoria wiedzą o tym niemal natychmiast. Ale sama informacja o rozbłysku to dopiero początek.

1-3 dni – tyle zajmuje cząstkom wiatru słonecznego (CME) dotarcie do Ziemi. Lecą z prędkością 400-900 km/s, czyli znacznie wolniej niż światło. W tym czasie wiemy, że „coś leci w naszą stronę", ale nie znamy jeszcze szczegółów.

30-90 minut – to faktyczne wyprzedzenie prognozy. Dopiero gdy CME mija satelitę DSCOVR w punkcie L1 (około 1,5 miliona km od Ziemi), poznajemy kluczowe parametry: kierunek pola magnetycznego (Bz), prędkość i gęstość cząstek. I dopiero wtedy wiemy, czy zorza będzie spektakularna, słaba, czy w ogóle jej nie będzie.

Co więcej, warunki mogą zmienić się dosłownie w ciągu minut. Parametr Bz musi być ujemny, żeby zorza była intensywna – a to potrafi skakać błyskawicznie.

Warto śledzić serwisy pogody kosmicznej i profile astronomiczne w mediach społecznościowych. Gdy pojawi się alert zorzowy, bądź gotowy do szybkiego działania. Sprawdź prognozę pogody (chmury to wróg numer jeden), miej w głowie ciemne miejsce z widokiem na północ, naładowany telefon i ciepłe ubranie pod ręką.

Jedno jest pewne: przy obecnym maksimum słonecznym szanse na kolejne spektakle są większe niż kiedykolwiek w ostatniej dekadzie.

Noc, która rozświetliła Polskę – Dzika Natura | Beskidomaniak